02.09.2014

19. Kiedyś to zamaskowane nigdy

Nathan Riggory oprzytomniał, zamrugał klika razy, aby odgonić sprzed oczu białe plamki, a potem spojrzał na niebo. To znaczy, eckhem, niewątpliwie spojrzałby na nie, gdyby tylko nie przesłaniało go skalne sklepienie. Zorientowawszy się, że leży na plecach w jakiejś bliżej niezidentyfikowanej jaskini, postanowił usiąść i natychmiast wykrzywił wargi w ironicznym uśmiechu.
Tak dać się podejść! No, może nie jest taka głupia, na jaką wygląda.
Ponowił próbę by usiąść, tym razem w pełni świadomy oplatających jego nadgarstki i kostki ciasnych węzłów. Napiął brzuch, uniósł się do pozycji niemal pionowej, a potem odczołgał do ściany jaskini, aby móc się o nią oprzeć. Zastanawiał się, kiedy tamta laska wróci, aby go rozwiązać – przecież nie zadała sobie trudu zaciągnięcia go tutaj, aby go zagłodzić! Z drugiej jednak strony, a Nate wiedział to na pewno, kobiety bywały nieprzewidywalne.
Pozostało mu tylko czekać; co jakiś czas wyciągał szyję, aby określić porę dnia, ale jego wysiłki szły na marne – wylot groty był zbyt daleko, aby cokolwiek zobaczyć, a ciemne, deszczowe chmury skutecznie okalające niebo, nie przepuszczały do jaskini dostatecznej ilości światła. Nate zaśmiał się po raz kolejny – po części z własnej głupoty, po części z głupoty Taylor. Sobie, oczywiście, mógł wybaczyć – nigdy nie przypuszczał, że laska biegająca po pełnej trybutów puszczy bez jakiejkolwiek broni może mieć w sobie choć odrobinę rozsądku. Cóż, podsumował po chwili w myślach, wiele się nie pomylił – gdyby miała w głowie choć odrobinę oleju, zadźgałaby go, gdy tylko upadł w mokrą kałużę, ale jakimś cudem tego nie zrobiła. W sumie to, że była tak bezgranicznie bezmyślna, zadziałało tylko na jej korzyść – niby jak miałby ją ochronić, gdyby leżał martwy? Właściwie, pomyślał, jej wada uratowała jej życie, a to po raz kolejny skierowało go do tego samego wniosku.
Laski są dziwne.
Nie zauważył nawet, kiedy zapadł w drzemkę.
Poczuł palec wbijający mu się w nogę, więc momentalnie otworzył oczy. Był świadkiem przedziwnej sceny: w drugim końcu szerokiej gdzieś na dwa metry jaskini siedziała w kucki ta blondwłosa laska, trzymając w jednej ręce jego nóż, a w drugiej sękaty patyk. Wykrzywił wargi w ironicznym uśmiechu, kiedy uświadomił sobie, że właśnie dźgnęła go patykiem z odległości półtora metra, chociaż był nieuzbrojony i związany. Czy wygląda na aż tak niebezpiecznego?
Od razu poprawił mu się humor.
- Jak ty się w ogóle nazywasz? – spytał ironicznym tonem, czując pewność siebie. Mimo, że teoretycznie był na przegranej pozycji, był przekonany, że poradzi sobie z wariatką. – I czemu mnie tu zawlokłaś?
Dziewczyna momentalnie zbladła, co Nate zauważył z pewnym zadowoleniem. Chyba nie wyobrażała sobie, że to ona będzie prowadzić rozmowę?
- Jestem T-Taylor – powiedziała, biorąc głęboki oddech; podbródek trząsł się jej lekko. – T-Taylor Cassidy.
- T-Taylor? – zakpił, unosząc brwi. - Ciekawe imię. Zawsze myślałem, że to po prostu Taylor, ale najwidoczniej się myliłem.
Zmierzyła go groźnym wzrokiem.
- Z nas dwojga to ja mam jedzenie, więc jeśli chcesz mi dokuczać…
Uśmiechnął się kpiąco i wzruszył ramionami.
- Możesz mnie zagłodzić, jeśli chcesz.
Wytrzeszczyła oczy.
- Zagłodzić?
- Zagłodzić, to znaczy nie dostarczać mi pokarmu i potrzebnych do życia związków mineralnych…
- Wiem, co to znaczy – warknęła.
- W takim razie nie jesteś taka głupia, na jaką wyglądasz.
Puściła to mimo uszu.
- I po co go tu wlokłam – mruknęła do siebie, próbując rozgnieść na papkę zebrane jagody. – Jakby był mi tu potrzebny…
- Właściwie – wtrącił Nate z właściwą sobie arogancją – to jest bardzo dobre pytanie, chociaż z drugiej strony, zrobiłaś dosyć mądrze…
Ale Taylor nie mówiła do niego.
- Bo uratował mi życie! – szepnęła gniewnie, wciąż skupiona na wykonywanej przez siebie czynności. – Przecież wcale nie chciałam tego robić…
Zaskoczony Nate rozejrzał się po jaskini, ale nie dostrzegł nikogo więcej. Czy ta laska gadała sama do siebie?
Cudownie, pomyślał, a potem westchnął i oparł się o chłodną ścianę. Faktycznie wylądowałem tu z wariatką.
Po chwili mamrotania pod nosem będącego najwyraźniej skutkiem kłótni samej ze sobą, Taylor cisnęła w Nate’a bułką posmarowaną rozgniecioną wcześniej papką.
- Dlaczego? – spojrzała na niego badawczo, wyrywając go z zamyślenia. Najwidoczniej oczekiwała odpowiedzi na pytanie, którego nie słuchał.
Wywrócił oczami; szykowały się ciężkie dni, i to dużo cięższe niż przebywanie samotnie na arenie.
- Dlaczego co?
- Dlaczego mnie uratowałeś?
To pytanie momentalnie wzmogło jego czujność; przez głowę przeleciało mu mnóstwo odpowiedzi, i z trudem opanował się, żeby z jadem nie oznajmić jej tej prawdziwej.
Wobec tego wykrzywił po prostu usta w ironicznym uśmiechu.
- Bo jesteś śliczna.
Taylor prychnęła i obrażona odwróciła się plecami, a Nate nareszcie miał spokój.
Wizja następnych dni rysowała się optymistyczniej, kiedy dziewczyna w końcu zamknęła usta.

***
Suzzy była w trakcie piłowania złamanego paznokcia, kiedy Cindy, pokojówka, poinformowała ją, że ma gościa.
- Powiedziałam ci, że nie przyjmuję gości, dziewucho – cmoknęła z irytacją, nie podnosząc głowy; dziewczyna nie zareagowała – najwyraźniej była przyzwyczajona do takich zachowań. – Dzisiaj u Caesara ma być wywiad z Finnickiem Odairem, a ja koniecznie muszę…
- Ale to panicz Robert – wtrąciła pokojówka, a Suzzy osłupiała.
- Robert? Ten Robert?
Dziewczyna, najwidoczniej tak samo zaskoczona widokiem mężczyzny, potulnie skinęła głową.
Suzzy zbladła, i odruchowo złapała się za serce, ale kiedy Cindy ruszyła z pomocą, odesłała ją niecierpliwym ruchem ręki.
- Wprowadź go za pięć minut – wyszeptała, usiłując odzyskać swoją pewność siebie i spokój. – I podaj herbatę. Trochę mleka, i…
- …dwie łyżeczki cukru – dokończyła cicho Cindy, ale dostrzegając błysk w oczach Kapitolinki szybko opuściła pokój.
Suzzy podeszła do okna, odetchnęła głęboko i wyjrzała na zewnątrz. Zamrugała gwałtownie, żeby powstrzymać napływające do oczu łzy, a potem zacisnęła dłonie w pięści kompletnie zapomninając o złamanym paznokciu.
W tej właśnie chwili poczuła, że świat, w którym żyła ostatnie kilkanaście lat, nieuchronnie rozsypuje się w drobny mak.
A ona nic nie mogła na to poradzić.
***
          Ciężkie, mahoniowe drzwi uchyliły się z jękiem, wpuszczając odzianą w jedwabie kobietę do przestronnego, okrągłego gabinetu. Masywne, czerwone kotary nie wpuszczały do pomieszczenia zbyt wiele światła, tak więc musiała wytężyć wzrok, aby skierować się w dobra stronę.
Nie widziała jego głowy zza wysokiego fotela stojącego tyłem do niej; jedynie ręce oparte na podłokietnikach i niewątpliwie splecione na piersi upewniły ją, że Seneca wciąż tutaj jest.
- Kogóż tutaj sprowadza – wycedził powoli, nie odwracając się. – Moja kochana Theory, miło że mnie odwiedziłaś.
Nie odpowiedziała; była za bardzo skupiona na uspokojeniu swojego ciała i powstrzymywania się od natychmiastowej ucieczki stąd jak najdalej.
- Dawno cię tutaj nie było – kontynuował, jakby nie zdając sobie sprawy z jej napięcia. Obrócił się fotelem i wstał. – Czego chcesz ode mnie? – wyszeptał, a jego rozpalone spojrzenie wodziło od jej twarzy, przez dekolt, aż po linię nóg. – Biżuterii? Sekretów? Przywilejów?
Utkwiła wzrok w punkcie ponad jego głową.
- Pieniędzy.
- Dobrze – zgodził się wahania i zbliżył do niej na odległość kilku centymetrów. Wzdrygnęła się, czując jego gorący oddech na policzku. Miała ochotę się odsunąć, ale doskonale wiedziała, że nie może tego zrobić.
- Nawet nie zapytałeś, ile. – Próbowała mówić stanowczo, ale głos jej drżał; mimowolnie wzdrygnęła się, kiedy Seneca musnął wargami jej obojczyk. – A ja nie zamierzam…
- Zapłacę każdą kwotę – mruknął, schodząc pocałunkami wzdłuż linii jej dekoltu – a ty doskonale o tym wiesz, i właśnie dlatego do mnie przyszłaś.
Nie mogła zaprzeczyć.
Żadne z nich nie miało nic więcej do powiedzenia, więc kiedy Seneca szybkim, niecierpliwym ruchem pozbawił ja sukienki, nie zaprotestowała.
I miała tylko nadzieję, że Robert jej kiedyś wybaczy, chociaż doskonale zdawała sobie sprawę, że kiedyś to tak naprawdę dobrze zamaskowane nigdy.
__
Szczerze mówiąc, jestem z niego koszmarnie niezadowolona. Pewnie ma to związek z tym, że ten rozdział z przymusu pisałam po raz drugi – pierwszy udało mi się niechcący usunąć (nie pytajcie, nie wiem jak), co odchorowałam ciężką depresją twórczą.
Jestem beznadziejna  w dotrzymywaniu terminów, w tej kwestii chyba nic się nigdy nie zmieni. Przepraszam wszystkich, którzy czekali, ale naprawdę nie mogłam z siebie wykrzesać nic sensowniejszego niż to… Tak, wiem, że jest dramatycznie.
W najbliższym czasie – mam nadzieję – uda mi się opublikować pierwszy dodatek, więc trzymajcie kciuki, że wena mi dopisze. 
Ach, i bardzo, bardzo, bardzo serdecznie proszę o zagłosowanie w ANKIECIE, że udało się Wam dotrwać ze mną do ponad półmetka. Ciężko sobie wyobrazić, ile to dla mnie znaczy, i nawet, jeśli zostawicie po sobie komentarz, co jest oczywiście wskazane i za co już z góry dziękuję, po prostu kliknijcie tam cokolwiek.
Cokolwiek, naprawdę.
Ach, i w tym depresyjnym tonie życzę wszystkim cudownego roku szkolnego :3


ps. xootix, podesłałam Ci na maila ten szablon – sprawdź, proszę, czy dotarł :)

5 komentarzy:

  1. A mi się rozdział podoba. Taylor i Nathan już będą mile widziani według mnie w następnych rozdziałach, bo ich przekomarzanie się, a dokładnie dokuczanie sobie, jest fajne i nieco zabawne.
    Okropnie, że Theory poszła do Senecy, a z drugiej strony to niewiarygodne, że tak się poświęca dla Taylor.
    Suzzy chyba ma rację, jej świat się naprawdę niszczy, choć dalej nie jestem w stu procentach pewna czemu. Muszę sobie chyba przypomnieć poprzednie rozdziały. Ale wydaje mi się, choć pewnie źle, że to mama Roberta.
    Przepraszam, ale śpieszę się, szkoła nie radość, więc koment będzie króciutki.
    ~~Lou Leen

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. jeju, dziękuję bardzo! cieszę się, że polubiłaś Nate'a - sama mam do niego dziwną, niewytłumaczalną słabość. a tak długo, jak ze sobą będą, nie przestaną się przekomarzać... przynajmniej do pewnego momentu.

      cóż, Theory chce ratować Taylor za wszelką cenę - i to nawet kosztem samej siebie. to smutne, ale z drugiej strony... myślę, że większość kobiet zachowałaby się na jej miejscu podobnie.

      no nie! rozpracowałaś mnie, Sherlocku :3 faktycznie, Suzzy to matka Roberta.
      och, coś o tym wiem. druga klasa liceum to także nie przelewki :D

      pozdrawiam serdecznie i bardzo dziękuję za komentarz! :*

      Usuń
  2. Rozdział jest świetny, co Ty tutaj mi mącisz, xdemonicole, hę?
    Naprawdę nie było mi miło czekać TYYYYLEEEE czasu na nowy wpis ale spoko, w sumie było warto.
    Jaki zUy Seneca. I jaki napalony.
    I jaka biedna Pixie. I jaka prostytutka.
    Robert, cholera. Czo to ta Sjuzi?
    Taylor,wariatka. Ale fajna wariatka.
    Nate, jaki seksiak. low low low

    A ja nadal czekam na Natalie i Aleca. Czekam i czekam i nic.

    Czekam niecierpliwie na kolejny rozdzialik! ;*

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. I tak, tak, szablon dotarł :)

      Usuń
    2. będzie i Natalie, i Alec! właściwie to nawet już chyba jutro, w dwudziestce :)

      nie lubię Seneki, toteż trochę się na nim mszczę robiąc go czarnym charakterem :D Pixie, cóż... ona ciągle ma pod górkę, taki juz jej los.

      pozdrawiam serdecznie :*

      Usuń

Grzecznie, bardzo grzecznie proszę o nie spamowanie. Jedyną możliwością rozreklamowania bloga jest zostawienie komentarza do rozdziału i podanie adresu na dole - nie obiecuję, ale możliwe, że Cię odwiedzę :) Dziękuję za każdy komentarz, to motywuje mnie do pisania kolejnych rozdziałów!

Layout by Raion