07.09.2015

25. Jego życie za jej śmierć

dla A Breathe, Werainswoth, E. Marianny G., Marzycielki, Dobaczewki, Karmeeleq, Rei,
i wszystkich innych, którzy nie przestali wierzyć

Dwa tygodnie wcześniej

Wysoki fotel obrócił się i chłopak dostrzegł uśmiechniętą sztucznie twarz brodatego mężczyzny.
- Nathan Riggory – stwierdził ów mężczyzna z udawanym nieudolnie zdziwieniem. – Przyszedłeś.
Nate wymownie spojrzał na otaczającą go eskortę Strażników Pokoju.
Musiał przyjść.
- Panie prezydencie. – Mimo wszystko skłonił głowę. – Ależ oczywiście, z przyjemnością odpowiedziałem na pańskie zaproszenie.
Jego mina wyrażała myśli skrajnie przeciwne do wypowiedzianych, ale Snow to zignorował.
- Oczywiście. – Złożył palce w piramidkę. – No tak, oczywiście.
W pokoju na chwilę zapadła cisza; jedynymi słyszalnymi dźwiękami były ich nierównomierne oddechy i tykanie ściennego zegara wiszącego nad biurkiem Snowa.
Prezydent spojrzał wymownie na Strażników Pokoju.
- Zostawcie nas – powiedział, i skrzywił się w nieudolnej próbie ułożenia warg w okrutny uśmiech. – Pan Nathan jest dla mnie raczej nieszkodliwy, mam rację?
Nate drgnął, a potem po raz kolejny skłonił się w parodii ukłonu.
- Ależ absolutnie.
- Doskonale – stwierdził, serdecznym palcem wskazując Strażnikom Pokoju drzwi. – Doprawdy doskonale.
Kroki mężczyzn na grubym dywanie były niemal niesłyszalne, ale Nate’owi wraz z każdym oddalającym się Strażnikiem serce coraz mocniej podchodziło do gardła. Wiedział, że są posłuszni Snowowi, ale czy zareagowaliby w jakikolwiek sposób, gdyby ten zrobił mu krzywdę? Czy dlatego Snow ich odesłał?
Nate nawet nie śmiał się obrócić; dopiero cichy trzask drzwi uświadomił mu, iż wstrzymuje oddech, więc pośpiesznie wypuścił powietrze z płuc.
„Nic ci nie zrobi... To na pewno. Jesteś mu potrzebny.”
Po raz kolejny powtórzył w duchu słowa Brutusa i z przerażeniem zorientował się, iż dawno straciły swą uspokajającą moc.
Już nic nie było w stanie powstrzymać jego rozszalałego serca, ale mimo to jego twarz nie drgnęła ani o milimetr, a oczy pozostały zimne; ukrywanie lęku było jedną z rzeczy, których uczono Zawodowców, ale Nate nie sądził, iż którakolwiek z tamtych lekcji przyda mu się jeszcze przed wejściem na arenę.
- Zastanawiasz się pewnie - cichy, przerażający szept Snowa przerwał jego gonitwę myśli – dlaczego cię tu… zaprosiłem.
Mimo skoncentrowania się na ukrywaniu emocji, Nate drgnął na dźwięk ostatniego słowa. Nigdy nie nazwałby tego zaproszeniem, wiadomość, którą otrzymał kojarzyła mu się raczej z rozkazem rozstrzelania.
Nie skomentował tego jednak.
- Ma pan prezydent rację.
Snow uśmiechnął się, choć nie był to w żadnym razie przyjemny uśmiech; jego usta pod sumiastymi wąsami przypominały Nate’owi raczej hienę, która cieszy się na wizje posiłku.
- Mam dla ciebie propozycję, Nathanie. Ale najpierw powiedz mi… Dlaczego zgłosiłeś się, aby brać udział w Siedemdziesiątych Trzecich Głodowych Igrzyskach?
Nate nie pokazał po sobie zdziwienia. A jednak lekcje zachowywania kamiennego wyrazu twarzy coś dały.
Wyprostował się.
- Żeby je wygrać, panie prezydencie.
Snow cmoknął ze zniecierpliwieniem.
- Oczywiście, oczywiście – powiedział, a potem znów złożył w dłonie. Już dawno zrzucił maskę nieszkodliwego starszego pana. – Ale powiedz mi, Nathanie, dlaczego chciałbyś wygrać?
To pytanie zaskoczyło Nate’a. Jakiej odpowiedzi może oczekiwać Snow?
- Dla chwały, panie prezydencie. Dla chwały i pieniędzy.
Prezydent pokręcił głową w zamyśleniu.
- Dla chwały i pamięci? – powtórzył. – Kłamiesz.
Pewność w jego glosie zbiła trybuta z pantałyku.
- Słucham?
- Będę szczery, Nathanie, i powiem ci co wiem. Jakiś czas temu usłyszałem o pewnej umowie, którą zawarłeś z panną Clove Allison.
Nate zbladł, ale wciąż próbował protestować.
- Wydaje mi się, że nie rozumiem, ja…
- Kłamanie nie ma sensu – przerwał mu Snow i spojrzał na niego stanowczo. – Czy to prawda, że umówiłeś się z nią, że jeżeli zgłosisz się w tym roku i wygrasz, oddasz jej część nagrody, a w zamian za to ona zgłosi się za rok?
Nate spuścił głowę.
- Tak, panie prezydencie.
- Dlaczego?
Teraz nie było już sensu niczego ukrywać; Nate zacisnął pięści i zmusił się do spojrzenia mężczyźnie w oczy.
- Martwiłem się o moją siostrę.
- Ach, Rosalie. Bardzo ładne imię, bardzo ładna… dziewczynka. – Podniósł stojącą na biurku fotografię otoczoną srebrną ramką i przyjrzał się jej dokładnie; Nate zadrżał, kiedy ją rozpoznał. To było jego zdjęcie, musieli mu je zabrać z bagażu… - Masz dużą szanse wygrać te Igrzyska, Nathanie Riggory.
Rozmowa o młodszej, ukochanej siostrze wprawiła trybuta w drżenie; nie dbał już o to, jak bardzo odkrywa swoje najgłębsze lęki przed najgroźniejszym człowiekiem w Kapitolu.
- Dziękuję, panie prezydencie – wycedził zza zaciśniętych zębów. – Czuję, że nie wezwał mnie pan tutaj jednak, aby mnie o tym zapewnić.
Snow jakby go nie usłyszał.
- Obserwowałem cię na treningach, mógłbyś… mógłbyś zwyciężyć.
Nate zadrżał.
- Ale?
- Tu właśnie pojawia się moja propozycja – powiedział spokojnie Snow, jakby, zamiast o śmierci, rozprawiał o popołudniowej herbacie. – Jesteś silny, szybki, dobrze posługujesz się bronią. Będziesz idealny jako ochrona.
Chłopak zamarł; tylko serce jakby próbowało wyskoczyć mu z piersi.
- Chyba nie rozumiem…
- Rozumiesz. – Snow uśmiechnął się po raz kolejny. – Na arenie będziesz podążał za Taylor Cassidy, chronił ją i zabijał innych trybutów. Nie pozwolisz jej umrzeć i doprowadzisz do tego, aby zwyciężyła.
- A jeśli…
- Jeśli odmówisz… - Prezydent popchnął ramkę i pozwolił jej spaść z biurka; chroniąca zdjęcie szklana szybka rozsypała się w drobny mak. -  Nie sądzę, aby Rosalie była z tego zadowolona. Przystajesz na takie warunki?
Nate wbił w niego morderczy wzrok.
- Pod warunkiem, że Rosie nigdy nie weźmie udziału w Igrzyskach.
Snow roześmiał się.
- Nie ty tu jesteś od stawiania warunków – syknął.
- Nie jestem też od chronienia innych trybutów – odparował Nate; nie miał już zupełnie niczego do stracenia.
Mężczyzna uniósł brwi.
- A więc dobrze. Ale jeśli nie uda ci się jej ochronić… - Spojrzał wymownie na leżącą na ziemi ramkę. – To będzie gorsze niż śmierć. Rozumiesz mnie, mam nadzieję?
- Tak, panie prezydencie.
- Ochronisz Taylor Cassidy?
- Tak, panie prezydencie.
I wtedy zaczął ją nienawidzić.

***

Dwa tygodnie wcześniej

Zadrżał, kiedy z kanapy stojącej w jego apartamencie usłyszał zwracający się do niego głos.
- Przystań na jego propozycję.
Zamarł; głos był spokojny, jakby znajomy, ale zupełnie nie rozpoznawał jego właścicielki. Siedziała skulona, dzierżąc w dłoni z długimi, pomalowanymi na szmaragdowo paznokciami białego papierosa. Włosy miała w zupełnym nieładzie, jakby fryzjer właśnie postanowił okazać jej swoją nienawiść, a na mokrych jeszcze od łez policzkach widniały resztki makijażu.
- Wiem, co czujesz, Nate – wyszeptała, a on zamarł. Nie znał jej zupełnie, nie mogła wiedzieć, przez co on teraz przechodzi… A jednak… A jednak coś w jej tonie kazało jej mu uwierzyć. – Wiem, bo ja też miałam umrzeć – wyszeptała, a potem podniosła na niego wzrok. Nic nie zrozumiał; z kiedyś silnej, pewnej siebie kobiety stała się bezbronną dziewczynką. Coś w jej wzroku pękło, coś w jej postawie mówiło Nate’owi, że nigdy wcześniej nie opowiadała tej historii. A jednak, choć słowa wypowiadała tak cicho, że niemal musiał odczytywać je z ruchu jej warg, nie przestała mówić. – Ja też miałam kogoś uratować, Nate.
Nie odezwał się.
- Opowiem ci pewną historię – wyszeptała, a potem, kiedy nie odpowiedział, kontynuowała: - Zgłosiłam się na ochotnika Pięćdziesiątych Trzecich Głodowych Igrzysk – zaczęła, choć czuła, że te słowa nijak nie przejdą jej przez gardło. Dławiła się nimi: nie tyle zdania, ile wyrazy, poszczególne głoski więzły jej w krtani i ściskały za gardło. – Chciałam uratować przyjaciółkę.
- Uratować?
Spojrzała na niego przelotnie, jakby zaskoczona, że nie jest sama w pokoju, ale Nate wiedział, że tak naprawdę Theory wcale go nie widzi. Była pogrążona we wspomnieniach; w świecie Pięćdziesiątych Trzecich Głodowych Igrzysk, świecie, który, ukryty bardzo dawno temu, właśnie pierwszy raz wychodził na światło dzienne. W świecie jej wspomnień.
- Nazywała się Alice Riggory – wyszeptała, a kiedy Nate drgnął, nareszcie go zauważyła. – Tak, Nate. Twoja mama.
- A więc to pani jest The – powiedział, a ona zrozumiała, iż on wie więcej, niż sądziła. – To pani uratowała jej życie.
Theory uśmiechnęła się ze smutkiem.
- Tak mówi? Ostatnim razem, kiedy mnie widziała, krzyczała, że mnie nienawidzi.
Nate spuścił wzrok.
- Zrozumiała, że nie przeżyłaby igrzysk – wyszeptał, a potem odważył się podnieść na nią wzrok. – Ale zrobiła to za późno. Za późno, by panią… By panią przeprosić. – Zawahał się. – Myślała, że pani nie żyje.
- Bo powinnam była umrzeć – odparła Theory, ale choć zrobiła to lekkim głosem, Nate wyczuł w nim cichą nutę goryczy. – Powinnam była umrzeć… tak jak ty powinieneś.
W jednej sekundzie zalała go fala tak obezwładniającego gorąca, jak nigdy wcześniej. A więc ona wiedziała.
- Nie wiem, o czym pani mówi – wydukał szybko, ale ani przez sekundę nie uwierzyła w jego słowa. – Nie rozumiem, o co…
- Nie okłamuj mnie – wyszeptała, a jej głos przeciął powietrze jak najostrzejszy z noży. – Ja też dostałam taką propozycję.
Wytrzeszczył oczy.
- Kiedy chłopak, który podobał się twojej mamie wygrał Igrzyska Śmierci, ona… Ona chciała zrobić to samo. Godzinami trenowała, rozprawiała jak to zwróci na siebie jego uwagę… - Theory zagryzła wargę.
- Ale?
- Ale nie była nawet w połowie tak dobra, jak sądziła – wyszeptała jakby te słowa paliły jej gardło. Pokręciła głową. – Nie miałaby żadnych szans.
- I pani postanowiła zgłosić się za nią.
- Cóż, właściwie tak. Ja… byłam dużo lepsza, obie zdawałyśmy sobie z tego sprawę. Tylko Alice była tak zaślepiona wizją spodobania się Brutusowi, że nie myślała racjonalnie.
- Brutusowi?!
Theory uśmiechnęła się smutno.
- Tu, w Kapitolu, wszyscy są ze sobą w jakiś sposób powiązani. – Wbiła wzrok w ścianę. – Kiedy się zgłosiłam, Alice wykrzyczała, że mnie nienawidzi. Nie przyszła się potem ze mną pożegnać.
- Bardzo potem tego żałowała – wyszeptał Nate, a Theory zrozumiała, że od dawna to podejrzewała. Alice musiała kiedyś dojrzeć.
Skinęła głową.
- Kiedy tu przybyłam… - potrząsnęła głową. – Nie byłam przygotowana na to, co spotka mnie w Kapitolu. Chciałam być najlepsza. Trenowałam długo i ciężko, chciałam pokazać się sponsorom. I wtedy…- zawahała się.
Nate zadrżał.
- Wtedy co?
- Wtedy dostałam to, co ty. Propozycję nie do odrzucenia.
- Kogo miała pani chronić?
- Trybutkę Dystryktu Siódmego, Clarissę.
- Dlaczego akurat ją?
Theory westchnęła. Tu historia się komplikowała.
Zawahała się.
- Czy wiesz, jaką walutą posługują się trybuci, aby znaleźć sponsorów?
Nate skrzywił się.
- Swoim ciałem, wiem. Sam miałem niejedną propozycję.
Kobieta uśmiechnęła się smutno.
- Tylko że ty nie musiałeś z niej korzystać.
Wyraźnie się zdziwił.
- Pani…?
- Wielokrotnie – odparła lekkim tonem, ale pozorna beztroska nie objęła oczu; w nich wciąż czaił się ogromny ból rozpalający się na nowo z każdym powracającym spojrzeniem. Ból i upokorzenie; to, i jeszcze palący dotyk obcych rąk parzących jej delikatne ciało to jedyne, co pamiętała z tamtych nocy. Imion, nazwisk, cen… Już nie. Już dawno wyparła je z pamięci. – Ale nie wtedy.
- Więc dlaczego…?
Nie zwróciła uwagi na jego pytanie.
- Clarissa nie była ani przesadnie silna, ani sprawna, ale za to naprawdę ładna. Była córką burmistrza, więc… - Zagryzła wargę. – Myślę, że ojciec powiedział jej, jak to działa. Co dokładnie ma zrobić, aby przeżyć.
Tym razem Nate naprawdę nie rozumiał.
- Clarissa znalazła sobie sponsora – Theory na nowo podjęła opowieść  - ale nie takiego, który obiecał wysyłać jej prezenty.
Nate zbladł.
- To znaczy?
- Clarissa sypiała z prezydentem Snowem.
- Nie wierzę, że przez to się w niej zakochał – powiedział Nate z powątpiewaniem. – On…
Theory wybuchła śmiechem.
- Snow nie jest zdolny do miłości – rzuciła, na powrót tracąc całą wesołość. – Ale i on lubi młode dziewczęta.
Nate wzdrygnął się na tę wizję.
- Więc dlaczego…?
Uśmiechnęła się złośliwie.
- Mówiłam ci, że Clarissa miała głowę na karku. Słyszałeś kiedyś o zamrożeniu ciąży?
Pokręcił głową.
- Zamraża się zapłodnioną już komórkę jajową. To daje możliwość przedłużenia czasu właściwej ciąży nawet do dziesięciu lat.
- Clarissa zaszła w ciążę ze Snowem?! On się nie… No…
- Nie zabezpieczał? – Theory wybawiła Nate’a z zadania kłopotliwej sytuacji. – Nie. Wbrew temu, co jej obiecywał… Zamierzał wysłać ją na śmierć.
- Dlaczego więc tego nie zrobił?
- Szantażowała go. Powiedziała, że jest z nim w ciąży dopiero na kilka minut przed wejściem na arenę. Nie mógł pozwolić, aby zginęła; gdyby ją zbadali medycy…
- Nie dałoby się tego zatuszować?
Pokręciła głową.
- Nie, zanim wybuchłby skandal.
Nate z niedowierzaniem pokręcił głową. Mimo niechęci zaczął podziwiać Clarissę.
- Co się dalej stało?
Theory westchnęła.
- Nie zgodziłam się… Ale organizatorzy nie przestawali próbować. – Zamyśliła się. – Pewnej nocy obudził mnie ogień. Byłam zaskoczona, bo wydawało mi się, że prowadził mnie do określonego celu.
- A tym celem była Clarissa?
Skinęła głową.
- Moi sojusznicy spłonęli... Wszyscy. Ale zostało jeszcze osiem osób, a ja nie mogłam sobie na to pozwolić.
Z zapartym tchem czekał na dalszą część historii.
- Była zaskoczona, kiedy rzuciłam się w jej stronę… Chyba się nie spodziewała.
- Nawet się nie broniła?
Pokręciła głową.
- Nie. Po prostu na nią skoczyłam i poderżnęłam gardło. – Nate zdziwił się, słysząc zimny, bezosobowy ton, ale zdał sobie sprawę, że Theory odcina się od tych wydarzeń… Jakby opowiadała akcję filmu, a nie własne wspomnienia. – A potem huk armaty… Nic więcej.
- I Clarissa umarła?
- Nie. Organizatorzy za szybko puścili ten dźwięk, a potem ewakuowali jej ciało tak szybko, by dać radę ją jeszcze odratować.
- Czyli przeżyła?
Theory uśmiechnęła się, ale uśmiech nie objął jej oczu.
- Czyli spieprzyłam sprawę, tak.
Nate zamyślił się na chwilę.
- Pierwszy raz w historii wystrzał nie oznaczał śmierci.
Zawahała się.
- Oznaczał – powiedziała tak cicho, że niemal niedosłyszalnie.
- Kto umarł? – spytał, ale kiedy tylko zauważył wyraz jej twarzy, pożałował, że nie może złapać słów w powietrzu i wcisnąć ich sobie z powrotem do ust; starał się na nią nie patrzeć, ale ból emanował z niej tak mocno, iż nie dało się go nie zauważyć.
I wtedy wbiła wzrok w ścianę.
- Mój ojciec.

***

Dzień Finału

Otoczyły ich płomienie i wtedy Nate zdał sobie sprawę, że to nie mogło się tak skończyć; Kapitol nie odpuściłby sobie obejrzenia walki na śmierć i życie między finałową dwójką.
Był wściekły; ból pękniętego serca przelewał się przez nieszczelne bariery obojętności i dotykał go coraz mocniej. Próbował się odciąć od tego, wyłączyć, ale na próżno; każde spojrzenie na stojącą przed nim Taylor owocowało nowymi falami złości pomieszanej z upokorzeniem. Kochał ją. Kochał ją i chronił, a ona tak po prostu zabawiła się jego słabością na oczach całego Panem.
- Zabij mnie szybko, Nate – wyszeptała, a on zrozumiał, że nareszcie dostrzegła w nim jakąś zmianę. Niemal mechanicznie zacisnął palce na nożu – tym samym, którym przeciął skórę gardła Natalie – i uniósł go do rzutu. Coś kierowało nim mechanicznie, jakby śmierć Taylor była ostatnim przystankiem na drodze do szczęścia. Należy nareszcie dotrzeć do mety. – Możesz przynajmniej tyle dla mnie zrobić?
Jej słowa wyrwały go z zamyślenia, choć słyszał jej głos jakby zza światów. Taylor, arena, sponsorzy, widzowie… Byli dla niego daleko, dużo dalej niż w rzeczywistości. Próbował przenieść się do innego świata, na krótką tylko chwilę uspokoić rozszalałe serce… Ale ona znów pokrzyżowała mu plany.
Poczuł wszechogarniającą wściekłość mieszającą się z bólem kiedy zmusił się, aby spojrzeć jej w oczy.
Nie będzie się jej tłumaczył.
Uniósł broń w pozycji do rzutu, ale zawahał się widząc brak reakcji z jej strony. Nie ruszyła się ani o milimetr – najwidoczniej wiedziała, że i tak nie ucieknie przed szybkością lecącego noża. Stała w miejscu… Tak delikatna, tak bezbronna, jakby wystawiona na każdy jego atak, a to mimowolnie wzbudziło przypływ opiekuńczości. Przypominała mu Rosie, której dawno temu przysięgał, że ochroni ją przed każdym złem.
I wtedy zobaczył jej twarz.
Płomienie nad głową Taylor tylko na chwilę ułożyły się w kształt drobnej twarzy jego siostry i obraz rozmył się tak szybko, iż Nate był pewien, że nikt inny go nie zauważył. To był znak wyłącznie dla niego, przypomnienie, o co dokładnie walczy w tych Igrzyskach. I dokładnie zrozumiał, co musi zrobić.
- Nie chciałem cię zabijać, Taylor – powiedział, a reszta rozmowy rozmyła mu się w pamięci. Wypowiadał słowa mechanicznie, wciąż myśląc o groźbach Kapitolu i wizji nadchodzącej śmierci, wiedział, że nie ma najmniejszych szans na zobaczenie siostry… Niezależnie od tego czy przeżyje, czy nie. Właśnie tak działała Waga Sprawiedliwości, o której tyle słyszał. Równowaga musi zostać zachowana; jej śmierć za jego życie… Jego życie za jej śmierć.
- Będzie bolało? – usłyszał pytanie Taylor i roześmiał się w duchu. „Zależy kogo” chciał jej odpowiedzieć, ale zamiast tego po raz ostatni próbował ją uspokoić.
- Nic nie poczujesz, obiecuję. Po prostu zamknij oczy.
Posłuchała go; szybko zacisnęła powieki i wzięła głęboki oddech. Podmuch wiatru wyjął zza uszu kosmyki jej włosów, które za chwilę ponownie opadły na jej twarz. Ostatni raz zachwycił się jej delikatnością, subtelnością, pięknem, które tylko przypomniały o ogromie doświadczonego bólu.
A potem… A potem wyciągnął przed siebie rękę i spokojnie, bez pośpiechu przyłożył ostrze do serca. Poczuł nacisk ostrego noża na delikatnej skórze piersi, a potem ostatni raz odetchnął i z całej siły wykonał pchnięcie.
I umarł tak, jak żył: nie przestając chronić ludzi, których pokochał.

***

W jednej chwili poczuła obezwładniającą ciemność i usłyszała huk armaty. Nie czuła bólu; zdążyła pomyśleć, że Nate dotrzymał obietnicy, a potem zachwiała się na nogach. Nagła, oślepiająca jasność i zbyt długo wstrzymywany oddech zaowocowały zawrotami głowy tak silnymi, że musiała stracić przytomność.
A więc to tak wygląda niebo.
I wtedy usłyszała wołające ją głosy: dobiegały ze wszystkich stron, gratulowały jej, wyszydzały i krzyczały jej imię.
- Gratulujemy zwycięzcy Siedemdziesiątych Trzecich Głodowych Igrzysk!
I wtedy otworzyła oczy; świat zawirował, kiedy wreszcie udało się jej podnieść. W pierwszej chwili niewiele rozumiała – okolica wydawała się jej znajoma – ale właśnie wtedy zauważyła bezwładne ciało leżącego nieopodal chłopaka.
- Nate! – krzyknęła, i jak piekłem goniona rzuciła się w jego kierunku. – Nate, nic ci nie jest?
To pytanie pozostało jednak bez odpowiedzi.
- Nate… - załkała, a potem pochyliła się nad jego ciałem i wyjęła z rany na jego piersi nóż. Krew zdążyła już zakrzepnąć; zresztą Taylor przestała się już łudzić, że Nate mógł jeszcze pozostać przy życiu. Nie wiedziała, jak długo pozostawała w omdleniu, a poza tym… Każde Igrzyska wygrywa jedna osoba, każdy huk oznacza śmierć. – Dlaczego?
- Wydawało mu się, że to dobre wyjście. – Usłyszała zza pleców i natychmiast zamarła. Czy to możliwe?
- Alec? – spytała, odwracając się od ciała Nate’a. – Czy to ty?
- Tak, Taylor. Przyszedłem po ciebie, chodź do mnie.
Zrobiła parę kroków w jego kierunku, ale jego postać nie przestawała się oddalać.
- Dlaczego…- zawahała się – dlaczego mi uciekasz?
- Nie uciekam – powiedział, a ona dostrzegła na jego twarzy ten zawadiacki uśmiech, który tak lubiła. – Przyszedłem tu specjalnie dla ciebie – powtórzył. – Chodź do mnie.
- Gratulacje, Taylor – usłyszała zza prawego ramienia i obróciła się; to szyderczy głos Hanae wyrwał ją z otępienia. – Gratulacje, udało ci się zabić jedyne dwie osoby którym na tobie zależało!
Zmarszczyła czoło.
- Ale jak to… - Zaczęła, ale zaraz urwała myśl. – Ja…
- Zabiłaś ich, Taylor – zawtórowała jej Natalie uśmiechając się szeroko. – Zabiłaś ich i teraz na świecie nie masz już nikogo.
- Ja… Nic nie zrobiłam – próbowała się tłumaczyć, ale na próżno; postacie wyśmiewały każde jej słowo.
- Nic nie zrobiłaś! – Zaśmiała się Hanae, wyrzucając w górę ręce. – Pozwoliłaś, żeby umierali na twoich oczach i nic nie zrobiłaś!
Taylor zbladła.
- Ale… Ale ja…
Postacie zaczęły jednak ją otaczać; z każdym jej słowem podchodziły coraz bliżej, coraz bardziej zacieśniały krąg.
- Chciałam ochronić mojego małego braciszka, Taylor. – W nowo przybyłym widmie rozpoznała Maggie. – A ty? Kogo chciałaś ocalić? Na kim ci zależało?
Nie odpowiedziała; widmo Maggie wytknęło ją palcem.
- Nie zasługujesz na to, żeby żyć, Taylor, jesteś tak bezużyteczna…
Rzucony w jej kierunku nóż przeleciał przez jej ciało i wbił się w stojące za dziewczyną drzewo; ona sama zdawała się tego nawet nie zauważyć.
- Nie zasługujesz na to – wyszeptała ponownie i uśmiechnęła się szyderczo; rozejrzała się wokoło i Taylor zauważyła innych poległych trybutów krzyczących coś w jej kierunku.
- Gratulacje, Taylor! Dzięki tobie wszyscy umarliśmy…
- Ciekawe, jak spojrzysz w oczy moim rodzicom, wiedząc, że to ja powinienem przeżyć, nie ty…
- Nie zasługujesz na to, żeby…
- Nate cię kochał, a ty nawet…
- Chodź do mnie, Taylor…
- To był Alec. Wskazywał jej coś leżącego u jej stóp… Harpun. Harpun, którym Maggie pozbawiła go życia. – Weź go, już zawsze będziemy mogli być razem…
- Kapitol nie pozwoli ci żyć, skoro…
- Otrułaś mnie! Zabiłaś!
Jak w transie schyliła się i podniosła broń; była lekka, dużo lżejsza niż Taylor się spodziewała. Uśmiechnęła się, kiedy poczuła ostre zakończenie; nareszcie nie będzie się musiała niczym przejmować.
- Powinnaś umrzeć…
- Wbij to mocno, Taylor…
- Czekam na ciebie, chodź do mnie…

To Alec ostatecznie ją do tego przekonał. Wzięła zamach, ale zanim jeszcze zatopiła narzędzie w ciele, usłyszała głos głośniejszy i bardziej znajomy niż wszystkie otaczające ją.
- TAYLOR CASSIDY NATYCHMIAST ODŁÓŻ TEN HARPUN! – usłyszała i natychmiast się odwróciła. To Nate w swoim kostiumie trybuta wciąż jeszcze pobrudzonym ziemią i plamami zaschniętej krwi zbliżał się do niej powoli. – Nawet nie próbuj zrobić sobie krzywdy!
- Nate? – wyszeptała, oszołomiona, i broń momentalnie wypadła jej z ręki. – Nate, czy to ty?
Raptem otoczyła ją cisza; inni trybuci zniknęli pozostawiając ich samych.
Ale on nie odpowiedział na jej pytanie.
- Wygrałaś Igrzyska, Taylor. Teraz musisz wrócić do domu.
Zawahała się; było w nim coś dziwnego, nienaturalnego… Jakby recytował tekst napisany mu wcześniej przez organizatorów.
Potrząsnęła głową rozsypując loki na policzki.
- Nie chcę wracać bez ciebie, Nate. Wrócisz razem ze mną?
Skinął głową.
- Mam dla ciebie prezent, Taylor.
Uśmiechnęła się; uniosła wciąż jeszcze umazaną we krwi rękę w jego kierunku, a on zrobił to samo. Ich dłonie nie zetknęły jednak się; palce Nate’a zawibrowały i na chwilę rozmyły się, kiedy próbowała go musnąć.
Zamrugała oczami.
- Nie jesteś prawdziwy?
Potrząsnął głową i wbił wzrok w jakiś punkt zbliżający się nad jej ramieniem. Odwróciła się wystarczająco szybko, aby dostrzec lecący łagodnie i za chwilę opadający na jej dłonie spadochron.
Spadochron?
- To prezent za zwycięstwo, Taylor – wyszeptał Nate, wskazując na małe, złote pudełeczko które leżało na jej dłoniach. Kiedy zobaczył, że wpatruje się w nie nieufnie, powiedział ponaglająco: - No już. Otwórz.
Słodki zapach wydobywający się ze szkatułki łagodnie otulił jej zmysły, a potem była już tylko ciemność.

___

Mam straszną nadzieję, że udało mi się was nie zawieść. Kolejną część postaram się dodać na przełomie września i października, a więc wchodźcie, obserwujcie, czekajcie :)
Serdecznie dziękuję za komentarze pod ostatnim rozdziałem – tylko dzięki Wam powstał ten dzisiejszy  <3
Jak Wam się podoba? Co myślicie? Tak; z niewiadomych przyczyn Taylor przypisała Nate’owi głos organizatorów. Cała reszta, a więc wypowiadane do niej słowa pisane przeze mnie kursywą występowały wyłącznie w jej głowie.
Serdecznie pozdrawiam i nieśmiało zapraszam do wyrażania opinii!

M.
Layout by Raion